Ludzie z pasją podróżowania

Opowiesci-Podroznikow

Jachty stoją w porcie, a marina jest jak bezludna wyspa na horyzoncie

Obecna sytuacja jest dla wielu z nas bardzo frustrująca, można nawet powiedzieć, że wywołuje w nas uczucie bezsilności. Wielu z nas znalazło się w sytuacji bez wyjścia pozostając w swych domach na długie dni. Są jednak miejsca, gdzie trwają przygotowania do przyjęcia żeglarzy z całej Polski i świata. Takim miejscem jest Narodowe Centrum Żeglarstwa AWFiS w Gdańsku, które jest często dla nas pierwszą lub ostatnią mariną podczas rejsu. Pewnie chcecie wiedzieć, co się tam, nad brzegiem Zatoki Gdańskiej, dzieje?

Allinge-Falsterbo

W Allinge nikomu się nie spieszy, turystów jeszcze niewielu, chociaż w miasteczku nie brakuje hoteli i domów wypoczynkowych zapraszających uroczymi podwórkami pełnymi kwiatów i stolików przy których kawa smakuje wyśmienicie. Poddaliśmy się spokojowi Bornholmu i spacerowaliśmy malowniczymi uliczkami i brzegiem morza podziwiając kamieniste plaże w świetle zachodzącego słońca. Wielkie namioty, rozstawiane wzdłuż brzegu zapowiadały jednak zmianę nastroju, Folkemodet 2018 sprawi, że będzie głośno i radośnie, oj będzie się działo…. Ale tego nie usłyszymy, pora ruszać w kierunku Kopenhagi.

Wyprawa Wokół Wysp Brytyjskich 2018

Przed nami wyprawa Wokół Wysp Brytyjskich 2018. Dopiszemy kolejne porty do projektu „100 portów w 360 dni z okazji 100 rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości”. Pierwsze pięć portów już za nami, zdobyte podczas majówki „ Fiku Miku Po Bałtyku”. Dwa lata temu przemierzaliśmy wody wokół Wielkiej Brytanii jachtem S/Y Bystrze, zachwycił nas ten rejon, morze, krajobrazy, ludzie, nastrój…. Pamiętając o poprzedniej wyprawie, która przetarła brytyjskie szlaki, obecny program rozszerzyliśmy o nowe miejsca, którym chcemy poświęcić więcej czasu.

Raz na wodzie czasem pod wodą

Wielka majówka 2018 W tym roku wybraliśmy się do Albańskiej Sarandy. Limbowa - Saranda 2018 PRODŻEKT Limbowa - Saranda 2018 PRODŻEKT II Czas na Albaniie wersja NO Profit autorski pomysł Krzysztofa Wyjazd z Gdyni busem 8 osobowym, w czwartek 26 kwietnia, po pracy ok 15, przejazd A1 do Torunia, potem na południe do Bielska -Białej i Żywca, nocleg ok. 23, rano w piątek o 8 już w trasę , granica ze Słowacją w Korbielowie, potem wjazd na godzinę do Budapesztu, widok miasta z nad Dunaju ze wzgórza Cytadeli, węgierską autostradą pojechaliśmy do Serbii, wjazd na godzinę do, tętniącego nocnym życiem Belgradu, potem przejazd do Macedonii, nad ranem godzinne zwiedzanie niesamowitego Skopje, przejazd do Grecji gdzie super nowoczesną autostradą, omijająca stanowiska archeologiczne i mateczniki brunatnych niedźwiedzi, pędziliśmy do granicy z Albanią, tutaj dobre drogi się skończyły, a ostatni kawałek do Sarandy jest.

Quintana Roo, czyli region, gdzie krąg się zamyka.

Tulum. Niewielkie miasto, malowniczo położone na wybrzeżu Morza Karaibskiego. Aż pęka w szwach od nadmiaru turystów. Wszystkie rozsądne hostele już dawno zarezerwowane. Przez fakt, że na pobyt w tym raju jest taki popyt, oraz przez rozpoczęty od 01 marca słynny amerykański „spring break” ceny wywindowano nawet 2-3 krotnie. Jako rodowici krakowianie, z wężem rozmiarów anakondy w kieszeni , czujemy rozczarowanie i wielką złość. Ale nic to – trzeba zbadać te osławione atrakcje i na własnej skórze poznać, za co tyle trzeba tu płacić.

Chiapas

Naszą najdłuższą, ponad 15 godzinną podróż rozpoczynamy z Puerto Escondido w stanie Oaxaca. Dużo nasłuchaliśmy się wcześniej o tym, że stan Chiapas to niebezpiecznie miejsce. Na bramkach do autokaru wykrywacze metalu. Przed wejściem sprawdzają bagaże podręczne, a gdy wszyscy pasażerowie zajmują swe miejsca, są nagrywani kamerą tuż przed odjazdem. Duże środki ostrożności dają do myślenia. Jednak mimo to na drodze permanentnie nic się nie dzieje i szczęśliwie docieramy do San Cristobal de las Casas.

Wybrzeże Pacyfiku

Przystanek pierwszy- Zipolite. Największa ostoja współczesnych hippiesów wraz z najsłynniejszą plażą nudystów w Meksyku. Żeby to dotrzeć, z Pochutli należy skorzystać z kolejnego dziwnego transportu- pickupa przystosowanego do przewozu ludzi. Trzęsący, rozklekotany, ale całkiem przewiewny, co w tych upalnych warunkach jest zdecydowanie na miejscu. Zipolite jest tak małe, że ciężko nawet dostrzeć go na mapie. W 10 minut jesteś na obrzeżu. I koniec. Ludzi tu przybywających podzieliliśmy umownie na dwie grupy.

Oaxaca - stan w Meksyku i stan ducha.

Do miasta Oaxaca przejeżdżamy z samego rana. Jest dużo przed wschodem słońca. Ponieważ nasz hostel otwarty będzie dopiero od 7, ponad 2 godziny spędzamy na dworcu, aby na wszelki wypadek się nie narażać. Miasto, przez dni naszego tam pobytu pokazuje nam swoje dwa zupełnie różne oblicza. Pierwsze z nich rozpoczyna się od wschodu słońca. Na ulicę wychodzą normalni ludzie pracy. Tutaj większość obywateli spożywa swoje śniadanie na mieście, dlatego aż roi się od kramów ze śniadaniowym wyszynkiem.

Ciudad de Mexico- stolica ludźmi płynąca.

Z lotniska odbierają nas Mauricio i Ana. Historia zbyt długa, żeby ją przytaczać, jednak dzięki mojemu kuzynowi i jego znajomościom tych dwoje wspaniałych ludzi zaproponowało nam gościnę. Obydwoje już nie pracują i przez kolejne dni poświęcają nam praktycznie cały swój czas. Porozumiewamy się w łamanych dwóch językach- hiszpańskim i angielskim. Ale dogadujemy się cudownie. W pierwszy dzień wyruszamy, aby poznać miasto. Jest niedziela, plac centralny pęka w szwach. Tuż przed główną katedrą swe tańce i obrzędy rytualne odprawiają indiańskie grupy artystyczne.

Merida, a właściwie Celestun. No i trochę Campeche.

Pod wieczór docieramy do stolicy Jukatanu - Meridy. W sumie miasto, jak każde inne, tylko znacznie większe. Po drodze do centrum, jeszcze siedząc w autobusie, na obrzeżach miasta widzimy kilka miejsc ogrodzonych przez policję. Od razu zastanawiamy się, czy na pewno będzie tu dla nas bezpiecznie. Mieliśmy mieć hosta z Coachsurfingu. Długie rozmowy zaskutkowały na końcu tym, że nie skorzystamy z gościny Erica. Po pierwsze, nasz niedoszły host nie mógł zdecydować się, czy po nas przyjedzie, czy nie.

Valladolid i okolice, gdzie cenoty z ręki jedzą.

Nasz kolejny przystanek to oddalone od Cancun o około 150 km Valladolid. Zaczynamy przyzwyczajać się do wyglądu tutejszych miasteczek. Przed głównym kościołem zielony plac z ławkami i oczywiście ulicznym straganami. W sam dzień przyjazdu widzimy niewiele. Kupujemy drobiazgi w markecie na kolację i odnajdujemy nasz hostel. To kolejne ciekawe miejsce, w którego pokoju z trudem jesteśmy w stanie się obrócić, gdyż łóżko zajmuje ponad 90% powierzchni. Ale za to jest czysto i tanio, wiec zdecydowanie spełnia nasze wymogi.

Cancun, czyli szkoła życia, jak nie dać się ocyganić.

O samym tranzycie niewiele można powiedzieć. Bagaże, o dziwo, doleciały na miejsce. My też. 12 godzin spędzonych na lotnisku w Toronto w większości przespaliśmy. My, znaczy ja, poniewaz Rafal nie potrafi spać w niewygodnych pozyciach. Po tylu godzinach jazdy, gdy wysiedlismy u celu podróży, każde z nas miało ochotę ucałować meksykańską ziemię obiecaną na podobieństwo papieża. Do Cancun przybywają tłumy. Codziennie, praktycznie bez przerwy, pasujące samoloty wyrzucają ze swych mechanicznych czeluści tysiące pragnących zażyć luksusu turystów.

Znów przyszedł ten magiczny czas

Dżungla, dzikie plaże na odludziach, palmy kokosowe, dwa oceany, jedno z najpiękniejszych mórz świata, żółwie, małpy, dzikie węże i nietoperze. Jedzenie jako jedne z nielicznych wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, słynące ze swojego piekielnego temperamentu, zakrapiane mezcalem. Aztekowie, Majowie i cała plejada mniej znanych plemion indiańskich wraz ze strzelistymi piramidami w samym sercu dźungli. I oczywiście, najukochańsza w świecie latynoska " mańana", czyli hołdowanie zasadzie “zrób to jutro”. To tylko zapowiedź tego, co przed nami.

Macedonia i Czarnogóra, czyli czas powrotów

Ostatnia prosta. Mimo zbliżającego się nieuchronnego końca, sporo jeszcze przed nami. Gdzie wyjechać, żeby znaleźć się na najbrzydszym campingu w Europie? Gdzie znajduje się najbardziej przejrzyste jezioro? Jak zjeść posiłek za śmieszne pieniądze i nie paść z przejedzenia? Jak nie dostać udaru przy 40- stopniowym upale, zdobywając najwyższy szczyt Korabu? Za oknami pełnia zimy, a was zapraszam po raz kolejny i ostatni do lektury zapisków z tegorocznych wakacji. Przenieście się z nami na Słoneczne Bałkany i poczytajcie.

Albania - muzułmańska mekka turystyczna?

To dla mnie zupełnie nowa rzeczywistość. Pierwszy raz bezpośrednio stykamy się z wszechobecnym muzułmanizmem (no dobrze – Władek spotkał się z nim już trochę wcześniej). Miejsce naszych kościołów zajmują strzeliste, chudziutkie wieże meczetów, po kilka razy dziennie wzywające wiernych na modły. Albania dopiero od niedawna otworzyła swe podwoje dla turystów. Tak naprawdę są tu tylko dwa rejony, które zdążyły rozwinąć się w tej branży. Pierwszy z nich to oczywiście rejon wybrzeża.

Grecja - kraj pitą i rycyną płynący

Cóż można powiedzieć o tym kolejnym na trasie kraju? Z całą pewnością wyróżnia się on najpiękniejszym wybrzeżem. Grecka linia brzegowa biegnie wzdłuż kilku mórz – to pewnie dzięki temu jest taka ciekawa i różnorodna. Jeżeli chcemy spróbować nurkowanie, pamiętajmy, aby wybierać się na plaże kamieniste. Sami przekonacie się, że piasek zwiastuje mało owocne podwodne obserwacje, gdyż najczęściej ryby zwyczajnie nie mają się gdzie ukryć. Swoją bazę zakładamy na mało popularnym campingu „Delfini” na Półwyspie Chalkidiki.

Siedzę w Bułgarskim Centrum...

Bułgaria to wspaniały kraj o rozległej linii brzegowej. Można tu kupić wszelkie owoce i warzywa oraz w okazyjnych cenach zjeść frykasy złożone z darów morza. To pewnie jeden z powodów, dla których tak dużo tu naszych rodaków. Bułgaria daje się poznać od strony mieszkańców, ich nastawienia do turystów i zwyczajów. Pierwsza z obserwacji daje nam do zrozumienia, że dosyć częstym sposobem na życie dla młodych kobiet jest sponsoring. Bogaci panowie w wieku około 60 lat zapoznają dziewczyny dwudziesto – letnie i korzystając z ich walorów, pokazują uroki życia w luksusie.

Rumunia - nasz pierwszy przystanek

RUMUNIA Po wesołej i w miarę zgrabnej przejażdżce z Krakowa, wjeżdżamy do Rumunii. I już widzimy, że to miejsce będzie dla nas magiczne. Drogi dziurawe jak ser szwajcarski i to dodatkowy wygryziony przez wściekle głodne myszy. Prawdopodobnie z tego powodu dalej bardzo popularnym środkiem transportu jest bryczka konna. Rumunia jest piękna w swojej niestety biedzie. Przejeżdżając przez tutejsze wsie ma się wrażenie, że sąsiadujące ze sobą budynki, połączone wspólnymi płotkami, sypną się w całości jak domki z kart lub domino.

KATTEGAT I SKAGERRAK czyli o tym, jak fajnie mieć przyjaciół.

KATTEGAT I SKAGERRAK czyli o tym, jak fajnie mieć przyjaciół. **Maciek i Natalia musieli niestety opuścić nas w Göteborgu.**Czułem, że jeszcze chętnie płynęli by z nami dalej i dalej, ale wszystko kiedyś się musi skończyć – urlop też. Z żalem oddali nam cumy w Lilla Bommens, a my ruszyliśmy w najdłuższy przelot drugiego etapu w kameralnym składzie: Heniu z Andrzejem i Sebą na „Bystrzu” i Paweł ze mną na „Sifu”. Płynąc w dół rzeką Gota ułożyliśmy plan żeglugi na najbliższe dwie doby.

Wyprawa Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców dociera do Norwegii

Nasz załogantPaweł Palaz pokładu SY Sifu of Avon opowiada o wyprawie do granicy Arktycznego lodu ( naciśnij przycisk napisy uzyskasz tłumaczenie ) Klik

Fiku Miku po Bałtyku, czyli Romki na Końcu Świata, vol. 2

Po raz kolejny mam przyjemność zrelacjonować Wam przebieg naszej ostatniej wyprawy. Tym razem obracający się dookoła glob wytyczył nam nowy kierunek. Nieuchwytny Koniec Świata można było zobaczyć na własne oczy na wodach Bałtyku. Wiedzeni doskonale opracowanym planem, jako pierwszy znaczący cel całej armady pod banderą 4 Kontynenty, obraliśmy Bornholm. A cóż stało się po drodze, z jakimi sztormami mieliśmy się zmierzyć, i czy ziściły się nasze plany… o tym – przeczytajcie.

Miasto Łeba partnerem wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców

Miasto Łeba partnerem wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców. Podczas żeglarskiej Majówki 2017 wpłyniemy naszymi jachtami do portu Łeba. Krótki program naszej wizyty w Łebie 1 maja 2017 1600: Przewidywane wejście do portu Łeba, jeśli Neptun pozwoli 1600 – 20.00: Udział w Wielkiej majówce w Łebie 21.00- do wyczerpania energii ognisko w porcie jachtowym Mamy wolne miejsca na Majówkę 2017

Oficjalne logo wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców

Fundacja 4 Kontynenty dziś obchodzi pierwszy rok swojej działalności. Za nami wiele ciekawych wydarzeń, które mogliśmy przeżyć razem. Jest to wyjątkowa okazja aby zaprezentować oficjalne logo naszej wspólnej wyprawy Arktyka 2017 Śladami Ginących Lodowców, na pokładach dwóch jachtów SY Sifu of Avon i SY Bystrze.Poznajcie sympatycznego misia z dalekiej Arktyki, którego poprzez Cieśniny Duńskie, Fiordy i Lofoty Norwegii popłyniemy odwiedzić. Sprawdzimy jak daleko sięga granica lodu, czy jeszcze istnieje?. Dołącz do Nas, napiszmy razem nowe karty polskiego żeglarstwa.

4 Kontynenty w tawernie Gniazdo Piratów Warszawa

Pośród słodowieckich bloków, nieopodal wysokiej na kilka metrów bariery dźwiękoszczelnej przy trasie S8 zagnieździła się najprawdziwsza tawerna, gdzie, jak sami właściciele sami piszą, „szanty, folk, rock, blues, jazz…”. Gdzie można a nawet i „trzeba śpiewać i tańczyć (nikt tutaj nie obrazi się za tańce na ławach!). Można „drzeć ryja” nie zapominając o chwili zadumy. Tym razem w karnawałowej atmosferze w „Pirackim Gnieździe” w Warszawie bawiła się reprezentacja Fundacji 4 Kontynenty ….

Witamy na Końcu Świata.

Już od samego początku, wjeżdżając do miasta, przekonaliśmy się, że nie jest to mała nadmorska mieścina wepchana pomiędzy ośnieżone szczyty. To spore miasto z własnym przemysłem oraz miejsce przeładunkowe dla transportu morskiego. Miasto, z racji jego odosobnienia praktycznie samowystarczalne. Na przystanku rozstajemy się z naszymi kompanami - Anią i Andresem. Ich plan obejmuje pozostanie to w hostelu na 2 dni, a następnie w ekspresowym tempie 10 dni - dotarcie drogą lądową do Buenos Aires.

Torres del Paine, czyli jak Polak potrafi.

Jeżeli zamierzacie odwiedzić park Torres del Paine, musicie od razu zdecydować się na konkretny termin oraz wybrać jedną z dwóch tras. Krótsza z nich, to przejście ok. 50 km i zaliczenie kilku najważniejszych punktów w górach, zajmuje ok 5 dni. Dłuższa, to ok. 100 km wokół całego parku, zajmuje 10 dni. Dla naszej czwórki została jedynie specjalna trasa, czyli dwa dni noclegu na jedynym dostępnym kempingu z wolnymi miejscami. Nie marudząc wzięliśmy, co było nam dane.

Przyspieszamy kroku- El Calafate, El Chalten i Perito Moreno, czyli park Los Glaciares

Po wyjątkowo komfortowej podróży dotarliśmy do Rio Gallegos i stamtąd do El Calafate. Miejsce bardzo turystyczne, baza wypadowa do El Chalten. Podczas niekończących się podróży oglądamy zmieniający się krajobraz. Jak dotrzecie do Patagonii, sami się przekonacie, że wszystko wygląda tu inaczej. Jest prawie pustynnie, z niewielkimi suchymi krzaczkami pojawiającymi się to tu, to tam. W tle majaczą Andy. Po niekończących się równinach snują się setki lamowatych guanako i strusiowatych nandu. Kości tych, którym nie dane było ujrzeć jutra bieleją w palącym słońcu.

"Znów na wieloryby, wyruszysz jak ja"

Kolejny przystanek na drodze. Puerto Madryn. Miasto od setek lat żyjące dzięki obecności wielorybów. Jednak jakże bardzo zmieniło się podejście do tych legendarnych ssaków. Do 19 wieku polowano tu na wszelkie morskie stworzenia- wieloryby, lwy i słonie morskie oraz foki. Ze wszystkiego wytapiano tłuszcz, służący potem jako paliwo. Ze względu na to Puerto Madryn było jednym głównych portów przeładunkowych tamtych czasów. Co teraz? Zakaz połowu i ochrona ssaków morskich spowodowały… ogromny rozrost turystyki.

Ratamatata, czy to Koniec Świata? Nie - to Mar del Plata.

Pan Stanisław i Pani Eduarda to małżeństwo polonijne mieszkające tu od ponad 50 lat. Zgotowali nam wręcz królewskie przyjęcie, pokazując swoje okolice przez 3 dni. Obydwoje są patriotami: tworzą zgromadzenia Polonii Argentyńskiej, interesują się historią i aktualnościami naszego kraju. Obydwoje wyjechali z kraju jako dzieci. Mar del Plata żyje głównie z turystyki i rybołówstwa. Poza sezonem większość nadmorskich apartamentów stoi pusta. Prócz kosztownych siedzib na czas wakacyjny, dla lepszego sampoczucia(bądź też z innych bliżej mi niezrozumiałych powodów) w dobrym tonie jest wynająć jedna z tysięcy budek na plaży (zdjęcie poniżej).

Buenos dias, Buenos Aires!

Ostatnia moja relacja zakończyła się na nieudanej próbie porozumienia z obsługą lotniska w Sao Paulo. Nie do końca rozumiejąc, zdecydowaliśmy się przesiedziec całe 8 godzin na miejscu. Prawdopodobnie aby wyjść poza terminal należało w specjalny sposób przedstawić się policji na zewnątrz i chyba coś zapłacić. Niechęć do Brazylii za brak możliwości wyjścia oraz niezwykle wysokie ceny towarzyszyła nam przez cały okres oczekiwania. W końcu wsiedliśmy do samolotu i po trwających wieczność 2 godzinach (podczas których nie opuszczała nas świadomość rychłej śmierci spowodowanej stanem technicznym maszyny) dotarliśmy.

Kiedy zimna Babia daje mnóstwo ciepła

_NATCHNIENIE Nie zawsze dostajemy od życia, to czego byśmy chcieli… Pamiętam, że to był długi, sobotni, samotny wieczór przed komputerem (właśnie dlatego, że nie dostałam tego czegoś od życia) Wszyscy znajomi gdzieś, każdy z kimś, a ja sama, nagle zobaczyłam wpis o wyprawie na Babią Górę z Fundacjią 4Kontynenty… CHCĘ!_Nie wiele myśląc, nie wiele wiedząc na temat grupy (w zasadzie nic nie wiedząc) szybki klik, że biorę udział i… POSZŁO!Dopiero następnego dnia zaczął się odzywać zdrowy rozsądek:“dziewczyno, przecież ty nie chodzisz po górach w zimie, tylko latem, jak to będzie, nie dasz rady, odwołaj…”

Girona - nasz pierwszy przystanek

Girona - miasto otoczone kamiennymi murami miejskimi, z dostojną katedrą w samym sercu. Urocze zakamarki, place oraz tradycyjne wąziutkie ulice, w których nie zmieści się dwójką ludzi pokaźnych rozmiarów. Palmy, wszędobylski (kwitnący obecnie) rozmaryn oraz kaktusy o kształcie gigantycznych pająków. To właśnie tu przyszło nam zacząć. Strzałem w dziesiątkę okazało się skorzystanie z couchsurfingu (dla niewtajemniczonych, to portal zbierający ludzi, którzy chcą gościć podróżników w swoim domu). Po raz pierwszy korzystaliśmy z jego możliwości.

Podążając kursem wyznaczonym przez kompas igłą magnetyczną.........

“Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej” Siedzisz na sofie przeglądając kolejne strony atlasu nabierasz ochoty do podróży. Myśli sprawiają, że zastanawiasz się jak wyruszyć w świat mając parę groszy. Cokolwiek robisz powstaje bariera, kolejne problemy sprawiają że marzenia odkładasz na półkę i zamykają się jak kolejna opowieść. Opowieści mają to do siebie, że powracają niepostrzeżenie i znowu pobudzają fantazję. Spotykasz ludzi podobnych do siebie, niewiele się różniących się od Ciebie.

Odliczanie Czas Zacząć

Nastał taki czas, że trzeba zrobić coś ze swoim życiem. Najwyższy czas wyjść ze swojej strefy komfortu, pozostawić codzienność i… wyjechać na Koniec Świata. Czy to kryzys wieku średniego? Być może, jednak kimże bym była, gdybym mimo wszystko nie zaryzykowała i nie spróbowała… Do dzieła więc!!! Na początku warto się przedstawić. Nazywam się Aśka Romek i pewnego dnia wpadł mi do głowy pomysł, aby pojechać na Koniec Świata. Dlaczego tam? Powodów jest wiele.

Startujemy z blogiem

Celem blogu jest propagowanie naszych działań, pomysłów, marzeń. Zamierzamy w nim opisywać również to co myślimy, robimy i planujemy - a także poruszać tematy związane z żeglarstwem, górami, podróżami … Zapraszamy wszystkie osoby do włączenia się w komentowanie pojawiających się wpisów, chcemy, aby nasz blog żył. Osoby związane z naszą fundacją, mające ochotę współtworzyć blog, pisać własne teksty - proszone są o kontakt na adres:* *fundacja@4kontynenty.p**l Żagle Z Olką W YC Opty noc pełna gwiazd